|
Zlot
"Intensywne topienie Marzanny" |
|
PS. Kilka słów do osób przysyłających zdjęcia - proszę o rozmiar zdjęcia w rozdzielczości WEB 800x600 lub 1024x768, bo zabraknie nam niedługo miejsca na serwerze, a nie mamy aż tyle cierpliwości, by każde nadesłane zdjęcie poddawać indywidualnej obróbce :) |
|
Galeria
zdjęć
Wiosna to kapryśna Pani. W sobotę rozpieszczała nas pięknym słońcem i bezchmurnym niebem, a w niedzielę polała deszczem i nawet sypnęła śniegiem. Zgodnie z przysłowiem: „w marcu jak w garncu”. W tej wiosennej pogodzie mieliśmy okazję spotkać się kolejny raz na naszej klubowej imprezie. Pod pretekstem topienia Marzanny, przez dwa dni regularnie topiliśmy swoje samochody i całe rodziny na ich pokładach. Pierwszego dnia na blisko 80.km trasie mieliśmy okazję panierować auta w megabłocie. Mistrzami w obrzucaniu własnego dobytku kilogramami szlamu była załoga Sławomira Palucha, która swoim wypasionym GeeRem latała w tą i z powrotem po przygotowanym OeSie. Nagrodziliśmy ich za to stosownym pucharem. Jako ciekawostkę wrzucę informację, że pieczara przy OeSie, ta w której jedliśmy posiłek z kociołka, to unikatowe stanowisko archeologiczne Uniwersytetu Warszawskiego. Pracownik tegoż uniwersytetu, który towarzyszył naszej zabawie poinformował nas, że zaledwie tydzień temu odkryto tu metrowej długości czaszkę ryby z okresu dewońskiego. Przy nas też odnalazł odciśnięte w skale przedziwne i całkiem pokaźne "ślimaki" sprzed bagatela 35 mln lat hehehe. Nie zatrzymał nas mimo to na dłużej, bo wszyscy pragnęli tylko jednego – błota! Niektórym tak się spodobało, że ciekawsze fragmenty trasy zrobili nawet trzy razy. Swoją spontaniczną zabawą przyciągnęli uwagę fotoreportera Echa dnia, któremu przypadły do gustu takie wygłupy i już w niedzielne południe na stronach www.echodnia.eu można było zobaczyć galerię z naszej imprezy J Sobotni wieczór w schronisku zaś przypadł do gustu szczególnie tym, którzy mile wspominają harcerskie klimaty czy turystyczne włóczęgi ze szkolnych czasów. Gdyby nie obecność naszych rozbrykanych pociech można by się poczuć jak w wehikule czasu. W niedzielę z bólem serca dokonaliśmy zbiorowego linczu na Marzannie i utopiliśmy ją lotem parabolicznym w malowniczej rzeczce. Tradycji stało się zadość – mimo jednodniowego poślizgu, spowodowanego „szczególną sympatią” uczestników do nieco „zdziwionej” Marzanny ;) W wyśmienitych humorach na czysto wypoczynkowo- turystycznej trasie mieliśmy zaś okazję utopić nie tylko Marzannę. Tonęły i nasze maszynki. Nalewało się do wyliftowanych Defenderów, Dyskotek, tonęły mniejsze Samuraje i Vitarki. Osobiście uwielbiam jak woda przelewa się po masce, utworzona przed autem fala mieni się herbacianym kolorem, a kontrolka od ładowania daje ostrzeżenie, że jest już naprawdę głęboko J Na szczęście na przejazd wybrałem auto pozbawione tapicerki z zestawem otworów odpływowych w podłodze – w trakcie ostrego zanurzania przypomina wannę z hydromasażem :) Tu "złośliwy" uśmiech do rodzinki Rafała Lasoty – szykuje się Wam upierdliwe suszenie szelmowsko utopionego Discovery ;) Podsumowując – było fajnie. Szczególnie cieszy fakt, że rodzinny charakter imprezy nie pozbawił nas zwariowanego klimatu i wiosennego szaleństwa, a wręcz przeciwnie – połączył kilka bardzo ważnych cech w jedną logiczną całość. Wszystkim nie mogącym doczekać się najbliższej imprezy podpowiadamy – to już za miesiąc - cierpliwości! Pozdrawiam Kędzior
|