|
Zlot
"Andrzejkowy 2008" |
|
PS. Kilka słów do osób przysyłających zdjęcia - proszę o rozmiar zdjęcia w rozdzielczości WEB 800x600 lub 1024x768, bo zabraknie nam niedługo miejsca na serwerze, a nie mamy aż tyle cierpliwości by każde nadesłane zdjęcie poddawać indywidualnej obróbce :) |
|
Zlot andrzejkowy już za
nami.
Liczba osób, które nas
odwiedziły jest chyba najlepszą reklamą roboty
jaką wykonuje nasz klub. Zlot andrzejkowy jest już
tradycją w PTTK "Na cztery koła" i nie
być na nim, to dla miłośnika offrołdu po prostu
wielkie FOPA :)).
Ale do rzeczy. Stawiło
się 50 załóg z niemal całej Polski - listę
zamknęliśmy z rozsądku. Silnie reprezentowany był
Śląsk , Mazowsze, ale i nie brakło obywateli z
małopolskiego. Uczestnicy startowali na najróżniejszym
sprzęcie - od wypasionych Patroli przez Toyoty ,
Landki i Jeepy, a na wypasionych Uazach kończąc.
Jedne maszynki były przygotowane do "ostrej
walki" inne bardziej do turystycznego
uprawiania offrołdu. Niewątpliwie wielkiego ducha
i zacięcia sportowego nie brakło żadnej załodze.
Impreza rozpoczęła się
standartowo - odprawą. Kędzior słusznie zwrócił
uwagę zebranym - po cóż robić odprawę w
hotelowym tłoku skoro można ją poprowadzić pod
gołym niebem na leśnej polanie? Nie traćmy ani
minuty z szansy obcowania z przyrodą!
Zatem wszyscy wyruszają
ze Świętej Katarzyny i mkną do polowej bazy
rajdu, po drodze podziwiając sobie "te nose
pikne góry" skryte w śniegu i patrzące
jakby rzec chciały :" i wy zamierzacie
odkrywać nasze tajemnice na tej kupie żelaza? Nędzni
śmiertelnicy!" Tymczasem jednak góry nic nie
mówią, a my docieramy do bazy. A w bazie... O
matko! Jaki rajd , jakie PKP-y skoro na miejscu stoją
namioty, kuchnia i grill, a nad wszystkim czuwa główny
specjalista żywieniowy klubu - Adaś. Zaczynam się
łamać ... może by nie jechać? Gdzie by się tu
skitrać w pobliżu i dorwać do michy zawczasu
:))?? Zapewne nie tylko mnie dopadły wówczas tego
rodzaju dylematy.
Marcin wygłasza przemówienie
dotyczące zasad imprezy , tras , BHP etc.
Natychmiast rozwiane zostają wątpliwości niektórych
startujących w przedmiocie "jak razem
pojedziemy kolumną to się tylko korki na trasie
zrobią". Otóż przeprowadzenie imprezy na
tyle pojazdów okazuje się być doskonale przemyślane
i opracowane.
Baza stanowi centrum
operacyjne. Poszczególne załogi grupują się w
teamy. Każdy team dostaje mapę z zaznaczoną
pętlą i rusza. Po wykonaniu zadania wraca do bazy
i pobiera mapę następnego odcinka. Sprawa niby
banalna ale widać od razu , że żadna kwestia
logistyczna organizatorom nie umknęła. Załogi
grupują się zatem w kilku-samochodowe
ekipy i wyruszają. Wreszcie i na mnie pora. Ruszam
w "timie" bodaj najbardziej skomplikowanym
pod względem emocjonalnym, a także pod względem
oczekiwań co do samej imprezy. Na pokładzie mam
grupę patologiczną :)) której głównym zadaniem
jest poszukiwanie towarzyskich plotek i wznoszenie
toastów ;). Obok tego jest i Maciek Uazem, który
zręcznie lawiruje pomiędzy extremem , lajtem a
propozycjami ze strony patologów żeby się może na
dłużej do nich przyłączył :)). Sławek w
Defenderze jako człek powściągliwy nie ulega żadnej
pokusie , Irek-Ireneusz wyraźnie się skłania do
ostrej walki podobnie jak i Michał
"Malarz", który zaszczepia wraz z
Agnieszką dzieciakom ofrołd od lat najmłodszych.
Jest też Mateusz ksywa "Nieodpuszczam" -
Suzuką atakuje wszystkie przeszkody.
Znaleźć tu złoty środek
jest w zasadzie niemożliwe ale jednak jedziemy.
Pierwszy odcinek upływa leniwie. Z większych
wydarzeń - Biały się zgubił w lesie ale tak
szybko jak się zgubił to się i odnalazł. Łapiemy
wreszcie pieczątki. Mijamy się po drodze z
Darkiem i Adą oraz chłopakami od "gryzli -
niet strielali" czyli naszego klubowego timu quadowego
w składzie Rafał Ojciec (a może Ojciec Rafał? :)
i Kacper Syn. Pierwsze wymiany informacji -
gdzie co i jak. Przez jakiś czas naszego Jeepa
prowadzi Agnieszka. Niestety grupa patologiczna wciąga
i ją niczym czarna dziura. Wreszcie stwierdza
otwarcie. Radziu - mogę już nie prowadzić??
Temu zdaniu wtórują okrzyki zwycięstwa z tylnej
kanapy gdzie jest tyle bab, że już sam nie wiem
ile i czyje one są. Nic to. Jedziemy.
Zaliczamy pętlę i wracamy na bazę. Obiadek. Ludzi
- jak na jarmarku w Bodzentynie! Atmosfera
"bojowa". Nikt nie odpuszcza. Są pierwsze
straty w sprzęcie ale dopóki się koła kręcą to
jedziemy...
Jest chwilka, by zamienić
kilka zdań z pozostałymi uczestnikami. Jest w
pobliżu nasz nowy mechanik Andrzej - spokojna
człeczyna co to zwykle z naszym nadwornym
mechanikiem Zbyniem grzebie przy naszych pudłach.
Otóż Andrzej zakupił LR Discovery i też wziął
udział w rajdzie. I chyba nie będzie przekłamania,
że połknął błotnego bakcyla, bo zupełnie
"stockową" wersją szedł jak huragan po
trasie. Zatrzymać mogły go jedynie koleiny
po 37 calowych oponach Arka lub
osobista małżonka, która również wzięła
udział w imprezie i była wciąż uśmiechnięta co
można poczytać za potwierdzenie , że się jej
podobało.
Robert Grabowski tym
razem ujeżdżał Terrano II zadając kłam
powszechnym opiniom, że się ten model "japończyka"
do offroadu nie nadaje. Tak trzymać!
Dostajemy kolejną trasę.
Ruszamy. Tym razem trasa ta jest sklasyfikowana jako
tzw. turystyczny extrem :)) Jest to nowość w ofrołdzie
ale kto powiedział, że w tej materii wszystko już
odkryto i powiedziano?
Po 100 metrach w ruch idą
wyciągarki. Nasze tempo zdecydowanie spada.
Wreszcie stajemy zupełnie. Przebycie kolejnego
metra oznacza mozolną pracę z windą. Nasza grupa
dzieli się. Irek przygarnia do siebie
"babiniec". Podróż - jeśli w ogóle można
to tak nazwać kontynuujemy w składzie Dyskoteka
Michała , mój Jeep no i Defender "Ruda-Team-Kraków"
:)
Biały wsiada do mnie i od
tej pory jedziemy już regularnie jako załoga.
Zapada zmrok. Wyciągarki nie stygną przesuwamy się
w żółwim tempie. Po dwóch godzinach boju
zaliczamy ten odcinek. Powrót do bazy. Załogi
wracają z trasy. Zmęczeni , brudni , przemarznięci
ale gęby roześmiane!
Tymczasem z odcinka
nadaje Irek, który się od nas odłączył -
dostajemy niusa, że nadal kilka pojazdów walczy na
trasie pomimo egipskich ciemności i wspólnymi
siłami próbują się wydostać z bagna. Okazuje
się więc , że jest więcej amatorów traski
"turystyczny extrem". Kolejne 5
samochodów pada w walce z koleinami i breją.
Decydują się na odwrót. Wyciągarki aż dymią z
przepracowania. Wjechać było łatwo - wydostać się
- znacznie trudniej. Tym bardziej, że na tamtym
odcinku praktycznie nie ma miejsca na manewrowanie.
Odwrócenie jednego auta odbywa się wyłącznie
przy użyciu windy i trwa niemal pół godziny.
Dzwonimy , pytamy - pomóc
wam? NIE!!! Odpowiedź jest zdecydowana i naładowana
pozytywną energią - damy radę sami!
I faktycznie dają radę.
To byli ludkowie z Mazowsza. Oni zawsze dają radę:).
Czas leci. Kolejne ekipy
odmeldowują się u Bydlaka i Kędziora i udają do
hotelu. Wreszcie i my zwijamy bazę. Na trasie nie
ma już nikogo. Można wracać.
Koniec pierwszej części
- czas na zabawę andrzejkową. Jest sala biesiadna
, suto zastawione stoły. Wcinamy wszyscy bez wyjątku
- nawet dzieciaki co to im zwykle wmuszać trzeba pałaszują
kolację, aż się uszy trzęsą. Przy posiłku
można oglądać, na ogromnym ekranie , film z tegorocznej
wyprawy członków naszego klubu na Ukrainę. Tu
wielkie podziękowania dla autorów tak, samego
materiału jak i rewelacyjnego montażu i muzy
- Olka i Krzyśka. Padają co chwila toasty i
brawa. Pierwszy za Wielkiego Nieobecnego -
Mirka "Batmana" Trawińskiego - aby jak
najszybciej wrócił do zdrowia i więcej się nie
wygłupiał. Na tzw. "sprawy sercowe" to
podlotki zapadają w podstawówce ;)
Tuż obok jest sala
dyskotekowa z DJ. który gra nam ślicznie do tańca.
Parkiet niemal non stop pełen. Nasze kobietki w tańcu...
po prostu palce lizać. Cud miód malina. Cały dzień
się z nami chłopami taplały w błocie a wieczorem
są boginiami - wzroku się nie da oderwać. Swoją
drogą jak one to robią?? Mało tego - wybaczają
nam wszystko - i to ze umęczone nogi nie chcą współpracować
, i to że niejeden już poswawolił z gorzałeczką
i zamiast kocich ruchów i gracji preferuje styl
"nieco się uwieszę" :). W tym miejscu
trzeba to głośno powiedzieć : miłe Panie jesteście
wspaniałe - może tego tak na co dzień nie widać
ale naprawdę wielki szacun za to, że nas
tolerujecie i dzielicie z nami te błotne pasje. No
ale wróćmy do atrakcji wieczoru - są Andrzejki.
Jak Andrzejki to wróżby. Jak wróżby to jest i wróżka.
A jaka do niej kolejka! Jak za mięsem w stanie
wojennym. Mimo to nikt nie odpuszcza. Każdy
chce się dowiedzieć co tam go wkrótce czeka. Tymczasem
dzieciaczki stwierdziły - "nie prawdziwa
ta wróżka, bo nie ma skrzydeł" :)
Zabawa trwa do wczesnych
godzin porannych. Bal pełną gębą! Kto nie był -
niechaj żałuje bo wiele stracił.
O 9:00 na śniadaniu tłumy!
Czy to są ludzie, którzy wczoraj cały dzień jeździli
a potem skakali do rana na dyskotece? Niezniszczalni
po prostu. Kędzior przeprowadza odprawę. Obowiązkowy
alkomat i sio na trasę. O 10 godzinie większość
uczestników jest już w drodze . Większość,
bo niestety część osób doznała awarii sprzętu
na tyle poważnej, że w imprezie uczestniczą już
tylko jako obserwatorzy. Wymienić tu należy Darka
"Grabarza" Kudłę, któremu padł przedni
most w Dyskotece , Damiana Maruszczaka, który
generalnie zdemolował Pajeraka w taki sposób, że
łatwiej byłoby wymieniać te elementy, które
pozostały sprawne :). Robert "Hebel"
wynalazł i opatentował tajny sposób na zamykanie
maski od Patrola siekierką tuż po bliskim
spotkaniu z LR Sylwka "Jodlarza".
Tymczasem pozostali
walczą uparcie o pieczątki. Zaliczamy kolejny
odcinek turystyczny extrem. Część osób decyduje
się na przerwanie rajdu i łagodne przejście w tzw
offroadową turystykę. Marcin szybko wskazuje na
mapie miejsca ,do których po prostu trzeba się
udać będąc w górach świętokrzyskich.
Wreszcie około 15:00
niedobitki ściągają z trasy do hotelu na obiad. O
16:00 zgodnie z programem Kędzior z Bydlakiem dokonują
oficjalnego zakończenia imprezy. Są puchary , wyróżnienia
i serdeczności wszelakie.
Załogi powoli rozjeżdżają
się do domów.
Podsumowując powiem -
była to doskonała impreza w każdym calu. Trasy
bardzo trudne - nawet w grupie turystycznej trzeba
było nie raz powiedzieć PAS. Logistyka przedsięwzięcia
- wzorowa. Najważniejsze jednak jest to, że na
rajd zjechaliście się Wy drodzy uczestnicy -
ludzie umiejący się doskonale bawić tak w terenie
jak i na parkiecie a przy tym czynić to
z głową i z rozsądkiem. Przy takiej ilości
startujących nie doszło do żadnego incydentu, który
mógłby zakłócić zabawę.
Osobiście dziękuję
Wam wszystkim serdecznie za wspólną zabawę i wrażenia!
Mam nadzieję, że
spotkamy się jeszcze nie raz na szlaku pod
patronatem świętokrzyskiego klubu PTTK spod znaku
Baby Jagi.
Boguś Lajer :)
PS. Kilka słów ode mnie... Mamy za sobą wyjątkowy
zlot. Kapitalne trasy i wspaniała impreza wieczorna na
długo pozostaną w pamięci. Nie powtarzając się
przytoczę przy okazji wyniki rywalizacji : Kędzior
|