-
Zlot "Przedwiośnie Off-Road Blues"
// 07 marca 2008Sobotni poranek. Słońce nieśmiało przebija się przez chmury. Zapowiada się piękny, wiosenny dzień. Na tarasie schroniska w Nowej Słupii - u stóp Łysej Góry - gromadzi się spora grupka luda. Po chwili pojawia się Marcin i oficjalnie otwiera imprezę pt. "Przedwiośnie Off-Road Blues". Standardowo - odprawa , mapy i jazda - 15 załóg wyrusza w trasę. Stanowimy z Jackiem grupę wsparcia logistycznego zarządu :). Pakujemy do białej Suzy wielkie termosy z żarłem, kociołek, naczynia etc. Rwiemy z kopyta oznaczyć oesa i przygotować ognisko. W dolinie niewielkiej rzeczki, na odwiecznych nieużytkach, miejscami „leciutko” podmokłymi , wyznaczamy kilkusetmetrowy odcinek. Jest piach, trochę płaskiego, stromy podjazd i takiż zjazd - nic wielkiego. Zastanawiamy się czy aby nie za nisko stawiamy poprzeczkę... w końcu na naszych imprezkach musi być przemycony akcent hard core, bo taka jest tradycja, a tu wszystko wygląda tak niewinnie. Pojawia się Mirek swoim Wranglerem. Popatrzył , pokiwał głową i postanowił zbadać, co też wymyśliliśmy. W ciągu kilku sekund odkrywa całą prawdę - nieużytek to jedno wielkie bagno. Po próbnym przelocie stwierdził, że jest OK i będzie niezła jazda. Tymczasem załogi są w drodze do naszej miejscówki i cierpliwie przemierzają zabłocone polne drogi. Około południa pierwsze maszynki pojawiają się na oesie. No i się zaczęło. Na samym wstępie topię Suzukę w rzeczce przy próbie przeprawy w niby-płytkim miejscu gdzie "przechodzi się bez bólu" (dzięki za podpuchę koledzy :) . Każdy ma prawo zapoznać się z trasą nim zacznie się czasówka. Ruszają więc wszyscy chętni. Kilka chwil pózniej Jarek i Kapuera z teamu śląskiego zagrzebują w piachu Vitarkę. Robert ciśnie Pajero przez bajoro, aż reduktor zaczyna wydawać niebezpieczne odgłosy. Wreszcie Marcin daje znak do próby czasowej ... startują kolejne załogi... ale żadna nie wraca. Wszyscy grzęzną po kolei przy przedostatniej bramce. Na loży szyderców , położonej kilkanaście metrów nad oesem , na przemian słuchać gorący doping i salwy śmiechu, gdy kolejni twardziele spod znaku baby jagi toną kilka metrów przed metą. Podmokła łąka zaczyna zbierać żniwo :) - Vitarka ukręca przeguby , Wrangler idzie tylko na 2wd. Ostatecznie nikt nie jest w stanie ukończyć oesa. Najbliżej celu byli : Piotrek na Ferozie i Łukasz Samurajem. Pakujemy obozowisko i ruszamy. Podziwiamy widoczki i suniemy kolumną przez polne drogi i kapitalne wąwozy. Wszędzie masa błota. Nastroje są cudowne. Nie licząc mojego fatalnego poślizgu, który o mały włos nie zakończył się popisowym bokiem. Dzięki za błyskawiczną reakcję Piotrkowi i Ewelinie oraz kolegom z Land Serwisu. Jedziemy bez większych problemów. Do czasu aż, niestety, mój reduktor mówi dość i Suzuka nie chce już współpracować. Pozostawiamy ją pod opieką życzliwego sołtysa i jedziemy dalej. Trafiam na pokład do Irka Ireneusza. Wreszcie trasa dobiega końca - powrót do schroniska - wszyscy są brudni i zmęczeni - zdecydowanie czas przejść do integracyjnej części zlotu :) Wspólnie z Irkiem lecimy jeszcze Dyskoteką po moją Suzukę - wracam do bazy rajdu na sznurku. No cóż kiedyś musi być ten pierwszy raz :).
A w bazie zlotu szykuje się wielkie party - urodziny Zbynia , Dzień Kobiet :) Jest co świętować! Ireneusz bierze w swoje ręce obsługę mega-grilla - po chwili stół ugina się od mięsiwa! Bydlak biega miedzy gośćmi racząc wszystkich ochoczo świętokrzyską łyski. Po chwili mamy już muzę do tańców i śpiewów! Hitem jest Celina (dzięki Kazik :)) oraz oczywiście "Ragazza di Napoli" śpiewane na 5 męskich głosów i zawsze obecny Liroy! Jest tez wariacja muzyczna na temat reduktora - no comment :) Na potrzeby tańców anektujemy ... chodnik przed schroniskiem. W związku z niewielką ilością pań na parkiecie - Ewelina i Agata dwoją się i troją, żeby każdy klubowicz mógł sobie chociaż jeden taniec popląsać. Dziewczyny! Wielki szacunek za kondycję i ... anielską cierpliwość do nas:)) Impreza kończy się o 4 nad ranem. Tzw. niedobitki idą wreszcie spać :) Nieco wcześniej zasnął Marcin i Michał - chłopaki się po prostu przejedli domowej roboty smalcem od Socho - łakomstwo nie popłaca:)) W niedzielę wspólne śniadanko - przygotowane przez krakowską ekipę - śmichy chichy i ... pożegnanie. Kolejna czadowa impra za nami - do zobaczenia niebawem ludkowie!
Boguś Lajer




