Klub motorowy PTTK Kielce - www.naczterykola.pl

Informacja o braku obsługi Flasha.





  • Zlot "Zimowy off-road blues" 2007

    // 26 stycznia 2007

    Siadając tym razem do kompa, by napisać kilka słów o minionej imprezie, pierwszy raz towarzyszyło mi uczucie niedosytu a nawet specyficznego wyrzutu sumienia. Nie chciałbym, aby relacja z naprawdę wesołej imprezy zabrzmiała w prawdziwie bluesowym tonie, ale jakoś tak mnie coś gryzie. Może, że uda mi się tym podzielić z Wami nie rozpisując się zbyt "poważnie". Po kolei ....

    W dniach 26-28 stycznia 2007 roku u podnóża klasztroru na Św.Krzyżu, Szkolne Schronisko Młodzieżowe w Nowej Słupi zamieniło się w bazę Zlotu „Zimowy Off-Road Blues”, którego byliśmy jako Klub PTTK „Na cztery koła” organizatorami. We wspólnej zabawie udział wzięło 59 osób, startujących w 25 załogach, które przybyły dosłownie z całej Polski. Tym razem królowała marka Suzuki. Kapitalnie przygotowane Samuraje i Vitary pokazały na co je stać w walce z naprawdę zimowymi szlakami Gór Świętokrzyskich i o nich napiszę szerzej w dalszej części.

    Już w piątkowy wieczór, docierające z odległych nawet o 300 kilometrów zakątków Polski załogi, pełne powątpienia dla jakichkolwiek możliwości poruszania się w terenie, z obawą patrzyły z okna schroniska na zmasowany atak zimy. Fatalne warunki na drogach "pierwszego stopnia utrzymania ruchu" nie wróżyły łatwizny na naszej, choćby turystycznej trasie. Kolejne załogi przybywające do schroniska, siadały do wspólnego stołu i w oczekiwaniu na będących „w podróży” dzieliły się nie tylko relacjami z trasy ale i przeróżnymi „zapasami” na zimowe wieczory. Nie trzeba było nikogo zachęcać do wspólnej gawędy przy herbatce z prądem ;) Za oknem zima na całego, więc tym milej się „rozgrzewało” w zaciszu schroniska. ... i wieczór skończył się c.a. przed trzecią rano :). Tu warto podkreślić determinację załogi LR Defendera 110 Tomka Dziecielaka, który z powodu burzy śnieżnej musiał w nocy przerwać podróż z Poznania do Nowej Słupi i zatrzymać się na noc w Piotrkowie Trybunalskim, by rano z minimalnym opóźnieniem dołączyć do uczestników zlotu.

    Ranek przywitał wszystkich śnieżycą i wszechobecnymi zaspami, które już na pierwszych kilometrach trasy dały do zrozumienia, że nie będzie lekko nawet tam, gdzie wczoraj można było jeździć osobówką. Kolejne załogi zaopatrzone na szczęście w dokładne mapy co rusz meldowały o nieprzejezdnych odcinkach i na wyczucie szukały alternatywnych szlaków. Korzystając z łączności CB i telefonów komórkowych, wzajemnie się nawigowały w totalnie zasypanym śniegiem terenie. Praktycznie pierwsze załogi poruszały się po dziewiczym śniegu, a kolejne wbrew pozorom wcale nie miały łatwego zadania, bo ślad ich poprzedników zawiewało w ciągu kilkunastu minut. 55 km trasy turystycznej, z jednym specjalnie przygotowanym odcinkiem dla twardzieli, przejechało tylko kilka załóg. Słowa uznania dla Irka Stępińskiego, który przyjechał rano na odprawę prosto z Sochaczewa, zabrał na pokład dwóch miejscowych przewodników (Michała Marciniewskiego i Karola Gosika) i swoim niemalże fabrycznym Discovery przejechał dokładnie cała turystyczną trasę, po południu zabrał teściową z odległego jeszcze o kolejne 100 km buskiego sanatorium i wrócił „z buta” do Sochaczewa. W rozmowie telefonicznej po imprezie wspomniał, że miał lekkie zaburzenia błędnika od wszędobylskiego śniegu, a tak poza tym spoko. Czad! Wracając do zmagań na trasie to kilka akcji naprawdę warto opisać, a mianowicie... Bardzo podobała nam się figura wykonana przez załogę Jeepa Wranglera Grzegorza Kędzierskiego, który na wymagającym zjeździe z trawersem wpadł w poślizg i bez popuszczenia w gacie zjechał całość tyłem! Skomentował to tym, „że po powrocie do schroniska musi się napić do dna, bo na trzeźwo tego nie strawi” :))). Wspomnę, że nie wiele brakowało, żeby zaparkował na dachu chatki leżącej u podnóża zjazdu. Na szczęście w pobliskiej rzeczce było gdzie zawrócić i kontynuować jazdę we właściwym kierunku. Determinacja uczestników była tak silna, że tylko jeden mały kawałek trasy rzeczywiście odpuściliśmy. Blisko dwa metry śniegu w zawianym wąwozie okazały się nie do przebicia. Zanim opiszę najdzielniejszy team imprezy muszę wspomnieć o moim dość traumatycznym uczestnictwie w przelocie (dosłownie!) po trasie zlotu. Na skutek piątkowych leśnych akcji w duecie z Bydlakiem, lekko zniekształciłem mojego Defendera i następnego dnia załapałem się do Jeepa teamu Woźnickich. Nie pochwalam jazdy „na krawędzi”, bo tak można pokrótce opisać styl jazdy Hebla, ale ubaw jaki nam zafundował przelatując trasę ze średnią prędkością ok. 80 km/h przez morze śniegu, wart jest choćby symbolicznego wspomnienia. Hebel Ty Wariacie :))) !!!! Dobrze, że Agnieszka tego nie widziała, bo mielibyście z Jankiem szlaban na off-road na wieki wieków. To tyle o latającym Jeepie ;)

    Wspomniałem wcześniej o najdzielniejszych w moim odczuciu załogach zlotu czyli Samurajach Świętokrzyskich Lasów. Załogi Krzyśka Kucaba, Stanisława Dudka, Jarosława Gawędy i stawiającego pierwsze kroki Zbyszka Naumienko to esencja pozytywnego off-roadu. W towarzystwie załóg Ew Lip :), Marcina Romańca, Zdziśka Góralczyka i Tomka Prabuckiego, pokazali na czym polega zabawa w prawdziwy off-road. Fajna drużyna. Świetnie się wspierająca i szukająca prawdziwej zabawy w zmaganiach w terenie. Dodać należy, że bardzo dobrze przygotowana technicznie i jako jedyna, na imprezie przejechała „pętlę Orłowiny”. Oczywiście pozostałe załogi z niemniejszym zapałem i radochą próbowały swoich sił i należą się im słowa uznania. Załoga Maćka Kozłowskiego, który jak sam wspomniał ma abonament na nasze imprezy, tandem Artura Grzywnowicza i Jarka Jarosza, który ładował się swoimi autami w największe bagna też pokazał, że nie odpuszcza łatwo. Jednym słowem było nieźle. Pierwszy dzień przejazdu zakończyliśmy w sumie wygrywając z zimą. Towarzyszące nam od południa słońce wprowadziło nas w miły nastrój. Perspektywa zbliżającej się wieczorem zabawy też podtrzymywała wszystkich w dobrych humorach i pogodne samopoczucie nie zawiodło. Kolejny wieczór przy akompaniamencie gitar zakończył się prawie nad ranem. Klimat schroniska, całonocna kolacja z PRLowskimi przysmakami wśród których pojawiła się m.in. konserwa saperska, miód sztuczny czy prawdziwy podpiwek, wyzwolił w nas morze wspomnień i nostalgii nad minionymi czasami. Kolejne toasty spowodowały, że jako organizatorzy "zapomnieliśmy" ;) o planowanym wieczornym konkursie, do którego przygotowaliśmy czadowe nagrody tj. wieńce z szarego papieru toaletowego czy butelki wina marki WINO :). Prześpiewaliśmy całą noc i tyle.

    Poranek przywitał nas jajecznicą na masełku, kawką i totalnie zasypanymi szlakami. W głowie jeszcze brzmiały zaśpiewane piosenki a tu kilometry szlaku przed nami. Typowy ranek po nocnej batalii. Nawet odśnieżenie samochodów dla niektórych po całonocnych baletach było nie lada wyzwaniem :). Żegnając się z kierownikiem schroniska Panem Józefem Bereszko, którego wyrozumiałość dla nas, dbałość o obiekt i osobiste zaangażowanie w historię schroniska mogłoby być tematem na odrębna relację, wyruszyliśmy niebieskim szlakiem im.St.Jeżewskiego w stronę Ostrowca Św. Niestety trasa okazała się całkowicie nieprzejezdna. Już na samym początku, tam gdzie jeszcze nie powinno być mowy o problemach z przejazdem, zasypało wszystko na amen. Najbardziej malownicza część trasy niestety została ominięta „asfaltem”. Perspektywa dotarcia do godziny 14-tej do Krzemionek Opatowskich, gdzie mieliśmy zarezerwowane wejście do podziemnych wyrobisk, nie pozwalała na podjęcie ambitnej próby pokonania szlaku jego oryginalna trasą. Przelecieliśmy tylko przez lżejsze odcinki leśne i mimo to dotarliśmy niemalże w ostatniej chwili do Krzemionek. Tu kilka słów krytyki do obsługi obiektu, która dosłownie przegoniła nas przez podziemia, traktując temat „po łebkach”. Szkoda. Unikatowe w skali Europy miejsce z tak pospolitym lekceważeniem turysty to niezbyt trafne zestawienie. Nie wspomnę o pani z kawiarni, która nie wiadomo czemu zamknęła przed czasem lokal, uniemożliwiając nam tym samym podsumowanie imprezy w klimacie przerwy „na kawkę i ciastko”. Po raz kolejny szkoda. .... Strasznie głupio czułem się żegnając Was na parkingu przed muzeum, bo nie tak to sobie zaplanowaliśmy. Nie najlepiej to wyszło.... i tu właśnie odzywa się ten wspomniany na początku niedosyt czy nawet wyrzut sumienia. Daliśmy jako organizatorzy ciała, że nie przewidzieliśmy takich sytuacji. Na zasypane totalnie śniegiem trasy może nie wiele byśmy zaradzili ale na leniwego przewodnika i panią widmo-bufetową na pewno znalazłby się jakiś sposób. No i ten wieczór bez konkursu.... hmmmmm Czy to właśnie ten akcent bluesa w off-roadowobluesowej imprezie? Przecież wyśpiewaliśmy poprzedniej nocy chyba wszystko :) Stary góral kiedyś mi powiedział, że jedyne oprócz śniegu co może zmieniać krajobraz gór zimą to zmiana proporcji w herbacie z prądem i pewnie miał mnóstwo racji. Dodał tylko, że jeszcze gorzej na panoramę gór wpływa brak dobrego towarzystwa do wspólnej herbaty. Mnie wyśmienitego towarzystwa nie brakowało. Mam cichą nadzieję, że Wam też. ... i to jest moje wspomnienie ze wspólnej zabawy w Nowej Słupi. .... a jak się spotkamy ponownie przy herbatce być może i z prądem, to wymienimy się wspólnymi refleksjami o bluesowo-zimowych zmaganiach nie tylko w terenie :)

    Kędzior