Klub motorowy PTTK Kielce - www.naczterykola.pl

Informacja o braku obsługi Flasha.





  • Zlot "Sylwestrowy" 2006

    // 29 grudnia 2006

    To był najdłuższy Sylwester na jakim miałem okazję się kiedykolwiek bawić i właśnie od tego stwierdzenia powinienem zacząć relację z minionej imprezy. Postaram się nie wpaść w potok zachwytu, a termin „naj-” zwyczajowo zarezerwuję dla przyszłych imprez na które się wybieram, ale pozwolę sobie na odrobinę pochwały nad tym wszystkim czego doświadczyłem z Wami w sylwestrowy weekend. Po kolei...

    Bazą Zlotu Sylwestrowego były Starachowice i znany z gościnności hotel „SENATOR”. Miejsce na spędzenie sylwestra dla wielu co najmniej egzotyczne. Nijak się ma do znanych atrakcji Zakopanego , Krynicy czy chociażby Sopotu – biorąc pod uwagę zimową aurę jaką mamy w tym roku. Pozornie. Śmiało mogę stwierdzić, że trudno o bardziej urozmaiconą bazę wypadową i zaplecze z atrakcjami, dla amatorów zabawy nie tylko spod znaku 4x4.

              Pierwsze załogi zameldowały się w hotelu w piątkowy wieczór i w kawiarnianym gwarze, przy wspominkach minionych imprez, oczekiwały na kolejnych uczestników. Większość załóg pojawiła się dopiero nad ranem i jak zwykle w miłej zdyscyplinowanej atmosferze zameldowała się w pełnej gotowości na odprawie. Biorąc pod uwagę całą trzydniową imprezę bawiły się w sumie 24 załogi i dwa quady. Uczestnicy dotarli do nas praktycznie z całej Polski i tym razem chyba region Śląska był najliczniej reprezentowany. Po kilku tradycyjnych słowach powitania, przedstawieniu zasad wspólnej zabawy i szczegółach dotyczących całej imprezy , nie marnując czasu i przepięknej pogody załogi wyruszyły na położoną na skraju miasta strzelnicę Polskiego Związku Łowieckiego. Tam też rozpoczęła się wartka akcja naszego zlotu. Szybko okazało się, że wśród uczestników zabawy tylko jednostki miały okazję strzelać z prawdziwej broni. Reszta widziała ją tylko w hollywoodzkich produkcjach. Ileż frajdy było jak udało się nie tylko przezwyciężyć strach przed hukiem, utrzymać się na nogach nie robiąc koziołka do tyłu, zatrzymać własne kończyny na ich ulubionych miejscach, a ponadto trafić tego przeklętego rzutka! Stalowy zając był tyle razy częstowany śrutem, a mimo to przy aplauzie kibiców raz za razem wdzięcznie machał do strzelającego chorągiewką sygnalizująca trafienie. Tylko sztucery z lunetami dawały szansę na załatwienie spraw z wirtualnym wrogiem z tarczy wojskowej w ciszy i skupieniu. Strzał za strzałem, huku co nie miara, kolejne okrzyki radości i zapach kuchni mysliwskiej. Właśnie - warto o niej wspomnieć, bo wśród wielu innych serwowanych frykasów, udźce z sarny czy wykwintny gulasz z dziczyzny z leśnymi grzybami, pieczone kartofle i kiełbasa z dzika to nie tuzinkowe menu. Przy tym ciepełko grilla, gorąca kawka i herbatka, mmmmm..... Można by się rozsiąść na dłużej ale kolejna atrakcja w postaci górek toru testowego samochodów ciężarowych MAN w pobliskim Wąchocku wyciągała ze strzelnicy kolejne załogi. Docierając jako jedni z ostatnich do Wąchocka, zastaliśmy całkiem ciekawy widok – na, w sumie niewielkim obszarze, po części oznaczonym taśmami jako tor do prób czasowych, a w większości pozostawionym do swobodnych prób przejazdu „pyciło” wszelkie możliwe żelazo zgromadzone na zlocie. Mało tego – dołaczyli do nas miejscowi fani off-roadu i wspólnymi siłami jakby mieli zamiar niemalże rozjeździć górki do zera. Po prostu czad. Widok latającego (dosłownie) Defendera rodziny Szopów, na pokładzie którego bawiły się trzy, a może cztery  pokolenia na raz zapierał dech w piersiach. Range Rover Classic w totalnie fabrycznym wydaniu z załogą Trocewiczów wprawiał w osłupienie wskakując na kolejne górki jakby był właśnie do tego stworzony.  Monstrualne GRy rodziny Starobratów i Woźnickich mieliły wszystko podnosząc poprzeczkę dla kolejnych załóg. Jak zwykle załoga najlepszego w układzie słonecznym UAZa Maćka Brąsia podjęła wszystkie próby przejazdu łącznie z próba wody, do której jak się okazało, tylko oni mieli odwagę przystąpić. Nie sposób wymienić wszystkich figur jakie kolejne załogi pokazywały na kilkunastu podjazdach i zjazdach ulubionych przez nas górek. Kapitalna zabawa. Oczywiście szybko pojawiły się pierwsze awarie w postaci skatowanych felg, rozszczelninych opon czy pogiętych drążków kierowniczych. Tu należy docenić postawę załogi Jacka Cichora, który w bagażniku swojej Toyoty miał istny warsztat i dzielił się jego bogactwem z wszystkimi potrzebującymi. Gdyby nie jego kompresor, to pewnie byśmy tam dłuuugo siedzieli, zamiast pędzić do hotelu i szykować się na Rzymskie Party!

    RZYMSKIE PARTY! Śmiało można stwierdzić, że zostało okrzyknięte „gwoździem programu” naszego zlotu. Zaczęło się troszkę niepewnie. Po kolacji i chwili odpoczynku, oczekując na kolejnych rzymskich imprezowiczów miałem sporo obaw jak się sytuacja potoczy. Gdy tylko się pojawili, zaobserwowałem na ich twarzach przede wszystkim niedowierzanie i swojego rodzaju niepewność na widok basenu, specjalnego baru i dziesiątek płonących świec. Hitem okazały się specjalnie na tę okazję przygotowane tuniki i wieńce laurowe, które przy wystroju basenu stworzyły kapitalny klimat. Nie trzeba było długo czekać żeby wpaść w wir zabawy. Muzyka, tańce i wariactwo w basenie pozostaną na długo w pamięci. Wspólna sauna i jacuzzi, ścianka wspinaczkowa nad lustrem wody, hydromasaże.... po prostu czad. O wpół do trzeciej ratownicy „wygonili” nas z basenu przypominając, że można tu zajrzeć jutro.

    ...a „jutro” po takim dniu atrakcji "przyszło" strasznie szybko. Trochę rozespane towarzystwo, mimo szaleństw poprzedniego dnia, na śniadaniu w harmidrze plotek dało znać, że jest ponownie gotowe do zabawy. Tym razem w oparciu o zestawy map wyruszyliśmy na trasę off-roadowych zmagań z leśnymi duktami Puszczy Świętokrzyskiej. Trasa tak została skonfigurowana, że każdy znalazł coś ciekawego dla siebie. Było błoto, wąskie trakty, koleiny, podjazdy i zjazdy, woda, kapitalne widoki i głębokie wąwozy. Przy okazji ocieraliśmy się o miejsca pamięci narodowej i rezerwaty przyrody – road-booki zawierały wyczerpujące informacje na temat odwiedzanych miejsc. Wspólne zmagania trwały do zmroku i mocno umęczone towarzystwo, całe i zdrowe, co prawda w ratach ale zameldowało się ponownie w hotelu. Wszyscy zaszyli się w pokojach, część żeńskiej załogi czmychnęła do hotelowego fryzjera czy kosmetyczki, by o godzinie 20-tej zabłysnąć na sylwestrowej gali. Niesamowita odmiana. Sportowe ciuchy zamienione na suknie balowe to istny efekt  motyla. Ileż wdzięków kryło się pod goretexami, by zakwitnąć dopiero tego wieczoru. Oficjalne otwarcie balu i oczywiście nagrody dla tych, którzy w sposób szczególny dali świadectwo, że przyjechali się z nami bawić jak tylko potrafią. Wspomnę o załodze Izy Gniadek  i Borysa Woźnikowskiego,  MEGA ŻÓŁTODZIOBÓW, którzy potrafili w międzyczasie „wyskoczyć” do Katowic, by zakręcić wodę, która z pękniętej rury zalewała mieszkania sąsiadów. Zakręcili i wrócili. Bawili się setnie, a była to warto podkreślić ich prapremiera off-roadowa. Puchar FAIR PLAY  trafił w ręce załogi Jacka Cichora, który dzielił się swoim zapleczem technicznym ratując raz za razem kolejne załogi. MEGA KILLER to Roman Szopa, który nie dość, że najlepiej strzelał, to jeszcze potrafił wykończyć nowiutkiego Defendera. Na szczęście nasz serwis wskrzesił to wyjątkowe auto, ale za pasję z jaką go uszkodził Roman puchar bezwzględnie mu się należał. Imponująco spokojną załogę rodziny Trocewiczów, która bez jakiegokolwiek ciśnienia bawiła się przez całą imprezę uhonorowaliśmy pucharem MEGA LUZAKÓW. Ich postawa to esencja zabawy w rodzinny off-road – tak trzymać! DEBEŚCIAKIEM mógł zostać tylko jeden wóz – Patrol GR rodziny Starobratów. Pokazali kawał fajnego sportu i bawili się z wszystkimi setnie. Wyróżnione załogi otrzymały puchary i pamiątkowe gadżety ufundowane przez firmę Land Serwis z Krakowa. Warto wspomnieć, że w impezie za sterami RR Classica brała udział Agnieszka Waksmańska-Kowal, której maż tym razem w cieniu „robił” za pilota. Imponujący debiut. Nie sposób wymienić wszystkich uczestników, podkreślając ich wkład w całość imprezy, bo trzeba by listę startową zacytować od deski do deski . Jednym zdaniem – byliście świetni. Świetnie bawiliście się na balu sylwestrowym i pokazaliście, składając sobie życzenia noworoczne, że potraficie się dobrze i mądrze bawić, właśnie w przez was fantastycznie stworzonym gronie. W tym miejscu pewnie najłatwiej byłoby mi zakończyć relację, dodając noworoczne życzenia i takie tam, ale to nie koniec naszego wspólnie spędzonego czasu. Następny dzień, Nowy Rok, to też porcja zabawy. Może w innym tonie, ale znowu wspólnie, z zainteresowaniem i z tą nie do przecenienia rodzinną atmosferą. Noworoczna wizyta w opactwie Cystersów w Wąchocku i postać Brata Mariana oprowadzającego po zakamarkach klasztornych, to bardzo miłe wspomnienie. Zapraszając wszystkich na ziemię świętokrzyską zawsze mamy na uwadze to, że mamy do pokazania nie tylko miejsca w których można poszaleć samochodem, ale też takie w których o nim się zapomina, odkrywając piękno tej ziemi. Mam wrażenie, że nawet nam się to czasami udaje. Szczególnie wtedy to widać, jak dziwnie ciężko jest się rozjechać do domów, a  każda wspólnie przeciągnięta chwila przy kawce i plotkach jest obietnicą na kolejną fajną imprezę. Czego sobie i wam życzę w Nowym 2007 Roku.

    Kędzior

     

    PS. ...i życzę wam również, żeby powiedzenie „Nie wyrzucaj pieniędzy w błoto” nie do końca się sprawdzało w tym roku, bo to grozi nudą ;)